CONNOR & TRAVIS HOOD
IN
SPIDERMANs
Dzień zapowiadał się na pozór
normalnie. Obozowicze krzątali się w tę i z powrotem, z areny dochodziły
specyficzne dźwięki, a Pan D ogrywał Chejrona w pokera. Słonce świeciło,
ptaszki ćwierkały. Nic ciekawego i nadzwyczajnego.
Może dla ciebie.
Travis Hood z hukiem pchnął drzwi prowadzące do
domku numer jedenaście i stanął w przedsionku. Ogarnął wzrokiem pomieszczenie
poszukując swojego brata. Nieco niższy od niego, ciemne kręcone włosy i chytry
uśmieszek.
U dzieci Hermesa zawsze było tłoczno i panował nieporządek. Bóg
kupców i złodziei przyjmował każdego nieuznanego, co zwykle wywoływało jeszcze
większy harmider niż zwykle. Przynajmniej nigdy nie odczuwało się samotności,
było komu robić kawały, albo kogo okradać. Taa, jesteśmy szczęśliwą rodzinką.
Ich motto brzmiało: ,,Trzymaj portfel przy sobie, albo wyjdziesz bez niego.”
Wszedł do pomieszczenia i położył wiadro zakryte pokrywką na ziemi. Zmrużył
brązowe oczy i położył ręce na biodrach. Radosne rozmowy zalewały go z każdej
strony, a w większości ciemne czupryny szwędały się pod jego nogami. Westchnął
i pokręcił z rezygnacją głową.
- Hej! Ludzie! Czy ktoś widział mojego brata?! –
krzyknął w stronę zgromadzenia. Rozmowy na chwilę ucichły i wszyscy wlepili w
niego spojrzenie. Travis patrzył na nich z zapytaniem. Nastała niezręczna
cisza, ale po chwili głosy znowu rozbrzmiały, jakby ciemnowłosy był kupką soli.
Nie, niezbyt trafione porównanie. Jakby był Nico. O! Lubił tego dzieciaka,
który czasem zachowywał się jak duch. Prychnął. Czasem to mało powiedziane. No
i te jego gadki typu: Niedługo umrze twoja wiewiórka, nie były zbyt zachęcające
do dalszej znajomości. Uśmiechnął się. Natchnęła go myśl, aby zrobić Obozowy
Dzień Przytulania Dzieci Hadesa. To był pomysł, godny realizacji! Powracając na
ziemię wpadł na pewien chwyt. Stanął na krzesło i gwizdnął zwracając po raz
kolejny na siebie uwagę.
- Ludzie. W tym wiadrze jest bomba i tylko
Connor może ją rozbroić. – powiedział śmiertelnie poważnym tonem. – Zatem.
Gdzie. On. Jest. – znacznie przy tym gestykulował i świdrował tłum wzrokiem. –
Pamiętajcie, - uniósł palec wskazujący do góry – od tego zależy wasze życie. –
wskazał na pojedyncze osoby.
Reakcje były różne. Ktoś kichnął, ktoś spadł z
łóżka chwytając ze sobą wazon, który rozbił się na drobne kawałeczki, a jeszcze
ktoś krzyknął: Ja nie chcę umierać!
Travis zszedł z krzesła i usłyszał swoje imię.
Obrócił głowę w tamtą stronę i zobaczył znaną mu niebieskooką blondynkę.
- Connor jest pod łóżkiem. – oznajmiła i kiwnęła
głową w stronę obiektu zakładając przy tym ręce na piersi. Liczne bransoletki, które widniały na jej nadgarstkach brzęczały z każdym jej ruchem.
Popatrzył na nią z lekkim skołowaniem.
- Co on na Hermesa tam robi? – zapytał, ale
podszedł do Mackenzie. Klęknął obok jej miejsca do spania i schylił się.
Zobaczył pochrapującego w najlepsze Connora wraz z jakimś pakunkiem. Wzniósł
oczy ku górze i wyszeptał coś w stylu: Bogowie, zmiłujcie się. Wyciągnął go i
potrząsnął za ramiona.
- Connor. Connor! Darmowe tosty!
Chłopak gwałtownie się obudził.
- Co? Tosty? Gdzie? – zapytał jeszcze sennym
głosem. Przeciągnął się i usiadł na łóżku. Podrapał się po głowie widząc
spojrzenie brata. – Nie pytaj.
Travis wyciągnął ręce w obronnym geście.
- Nie miałem zamiaru. – podniósł z ziemi
pakunek. –Czy to jest to o czym myślę? – zapytał, a chytry uśmieszek wpełzł na
jego twarz.
Nagle poczuł ciągnięcie za pomarańczową
koszulkę.
- Bomba! Co z bombą?! – zapytał jakiś
trzynastolatek, widząc, że ten, który potrafi ją rozbroić znalazł się.
Travis klęknął i potrząsnął go za ramiona.
- Chłopie! Są ważniejsze sprawy niż bomba! Martw
się raczej o globalne ocieplenie, a nie o swój marny żywot! I tak wszyscy
spotkamy się na Łąkach Asfodelowych!
Chłopiec wybiegł z Domku z płaczem.
- Obudził się w tobie psycholog czy co?
- Miewam przebłyski geniuszu. – kiwnął głową w
stronę brata i obaj udali się do ich kąta. Starszy z nich postawił wiadro przed
sobą, a młodszy rozpakował paczkę. Wyciągnął sztuczną pajęczynę w spreju i dwa
kostiumy Spidermen’ów.
Travis poklepał pudło.
- Trzydzieści obrzydliwych tarantul. – oznajmił
z dumą. Udało mu się wymknąć z obozu i przehandlować drachmę wmawiając, że jest
to moneta z antycznego kraju za pająki. Spojrzał znacząco na Connora. –To co?
Wcielamy plan w życie, brachu. – szturchnął go w ramię w przyjacielskim geście
i obaj udali się do toalet.
Założyli idealnie pasujące stroje i maski. Razem z
wiadrem i sprejami stanęli pod Domkiem Ateny.
- Gotowy? – zapytał Connor.
- Czuję, że to będzie lepsze niż ‘Złote Mango’.
– odpowiedział, a obaj wyszczerzyli się w uśmiechu przypominając sobie udany
kawał. Dzieci Afrodyty były wtedy niczym stado wściekłych Bratz.
Wbiegli do środka odrzucając pokrywę wiadra. Pająki
falą zalały podłogę, a dzieci Ateny zaczęły krzyczeć. Bracia powstrzymywali
uciekających pryskając im sprejem prosto w twarz. Piski i przerażone miny
pieściły serca żartownisiów. Nagle Connor oberwał książką. To był jasny znak do
odwrotu. Jak szybko się pojawili, tak szybko zniknęli. Biegli do lasu i skryli
się za drzewem. Dzieci Ateny jakoś sobie poradzą. Aż tu docierały ich wrzaski.
Travis ściągnął maskę i przybił żółwika
Connorowi.
- Najlepsza akcja ever.
- Musimy to powtórzyć. – powiedział młodszy i
obaj zaczęli pokładać się ze śmiechu.
~*~
Mówiłam Ci już jak uwielbiam czytać to co piszesz? Tak chyba mówiłam Ci to jakieś 1000000000 razy.... , ale co tam jak powiem jeszcze raz to się nic nie stanie ;). Więc już jest 1000000001. Kocham jak piszesz. Kocham to czytać. Kocham Ciebie i oczywiście kocham Cię szantażować o datę wstawienia następnego posta... Wiem, że trochę czasu minęło od kiedy ostatnio zatruwałam Ci życie sms'ami typu: Kiedy next? Masz czas do piątku, bo zabije twojego wyimaginowanego kota! Wiedz, że to wróci od jutra, bo zmieniam umowę i będę miała sms'y za darmo!!!! HAHAHAHAHHAHAHAHHA!!!!!!! :) :) :) :) :) :) :) :) Kocham !!! <3 WENY <3 - Twoja Merc *.*
OdpowiedzUsuńTOSTY!!! Darmowe tosty!!! Marzenie.... :)
OdpowiedzUsuńMasz coś do przepicia?
OdpowiedzUsuńBo tak tu SUCHO.
To było super! Czekam na pomysł z przytulaniem...