poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział I

WARNING
Akcja dzieje się po Krwi Olimpu, więc jeśli ktoś nie czytał tej książki, a przeczyta ten rozdział, to nie ręczę za spojlery (których nie jest zbyt dużo)
-----------------------------------------------------------------------------------

SUMMER



Jedno zdanie zagnieździło się w umysłach wszystkich herosów i przywoływało uśmiech na usta oraz niezwykłą ulgę.
Gaja zginęła.
Wróg, z którym walczyli przez długi okres, wreszcie został unieszkodliwiony. Nie została pokrojona i wrzucona do Tartaru jak Kronos. Matka Ziemia ponownie zasnęła, ale może się kiedyś obudzić. Jednak przyszłość wydaje się odległa, a gdy nastąpi, wtedy trzeba będzie się z nią zmierzyć. Jeszcze nie teraz. Pozwólmy półbogom nacieszyć się słodkim zwycięstwem.
Atena Partenon dumnie prezentowała się na Wzgórzu Herosów. Promienie słoneczne odbijały się od jej budzącej postrach Egidy oraz bogini Nike, stojącej na dłoni bogini. Na ramionach siadały jej rozmaite ptaki, uważając, że to idealne miejsce na spoczynek, ale żadne z nich nie odważyło się naznaczyć posągu. Z daleka można było zobaczyć małą grupkę nieuznanych, którzy z zapartym tchem podziwiali srogą urodę i postawę pomnika.
Dwa obozy, które dotąd były do siebie wrogo nastawione, teraz żyły w zgodzie. Niektórzy Rzymianie, mający dosyć dyscypliny i wykonywania rozkazów przełożonych, postanowili zostać w Obozie Herosów, uważając, że jest tu bardziej swawolnie. Z Grekami było podobnie. Ci, którzy chcieli zasmakować innych warunków, udali się do Obozu Jupiter i tam zaczęli snuć plany na dalsze życie. Droga pomiędzy dwoma miejscami była ogólnodostępna, jednak trzeba było mieć pozwolenie od Chejrona na opuszczenia bezpiecznej przystani. Potwory czaiły się wszędzie.
Bogowie wreszcie doszli do porozumienia między swoimi dwiema formami i znowu zaczęli uznawać półbogów. Niedoświadczeni, młodzi herosi falami przybywali do Obozu. Przy wieczornych ogniskach słyszeli opowieści o tym co zaszło. O stratach, bowiem ból dawał o sobie znać, gdy ktokolwiek wspomniał żart Leo Valdez’a. O pomniejszych bogach, którzy też zasługują na szacunek i głównie przez nich powstała wojna z Gają. O nieszczęśliwej miłości, a wzorowym przykładem była Silena Beauregard i Charles Beckendorf, którzy wyryli swoje wizerunki w sercach po bitwie z Kronosem. Wszystkie smutki i żale tonęły w obozowych pieśniach.
Znalazły się też osoby, które chciały odejść. Po obrażeniach bitewnych i mentalnych, zrezygnowali ze swojej natury. Opuścili jedyne, bezpieczne schronienie dla ludzi takich jak oni sami i zaszyli się w tłumie śmiertelników. Chejron powiedział, że Obóz zawsze będzie ich domem i mogą wrócić, kiedy zapragną, ale oni żegnali się z nieobecnym wzrokiem i odchodzili. Czasem słychać było ich krzyki, jedyną oznakę, że zostali znalezieni przez mitologiczne kreatury.
Bestie, jak i Rzymianie, wyrządzili wiele szkód. Półbogowie od rana do nocy naprawiali domki i inne obiekty, starali się nie opuszczać zajęć, nawet ze względu na dopiero co ukończoną wojnę oraz opiekowali się pegazami. Dosyć dobrze im to szło i wszystko powoli wychodziło na prostą. Obóz ponownie zajął się sprzedażą truskawek, a Rachel Elizabeth Dare znowu wygłaszała przepowiednie. Najwyraźniej dar od Apolla wreszcie zaczął działać, odkąd bóg dostał karę od Zeusa.
Każda bitwa przynosiła ze sobą ofiary i straty. Szpital był przepełniony rannymi, a dzieci Apolla, które jako jedyne posiadały klasyfikacje do udzielania pomocy, były przemęczone. Wykorzystywane umiejętności odziedziczonych po boskim rodzicu, szybko się wyczerpywały, a zamiast nich przychodziło zmęczenie.
Summer otworzyła drzwi i weszła do środka. Pomieszczenie było podłużne, a białe ściany zdawały się jeszcze je powiększać. Przy każdym szpitalnym łóżku stała mała szafka oraz karta pacjenta. W rogu postawione było biurko zawalone najróżniejszymi medycznymi przyrządami, zaczynając od zwykłych nożyczek, a kończąc na inhalatorze. Uderzyła w nią fala gorąca i pojękiwanie rannych. Rzuciła spojrzenie na salę, gdy otwierała okno na oścież. Do pomieszczenia dostał się delikatny wiatr i ochłodził jej nagrzaną od słońca skórę. W tym upalnym dniu delikatny wiatr był luksusem, szczególnie, że pogoda w Obozie Herosów rzadko się zmieniała.
- Przyszłam cię zmienić – Blondynka mówiąc to, położyła ręce na biodrach. Wiedziała, że czeka ją mnóstwo roboty, ale chciała mieć to już z głowy.
Will Solace kiwnął głową i uśmiechnął się do niej sennie. Aura zmęczenia wokół niego narastała. Wyglądał jakby miał za chwilę zwalić się z nóg i zasnąć na podłodze, która wydawała mu się równie miękka co łóżko.
Dziewczyna poklepała go po ramieniu i poprosiła jakiegoś herosa, aby sprawdził czy chłopak dotrze do domku numer siedem. Martwiła się o niego, a gdy zobaczyła jak troszczy się o Nico di Angelo, przejęła stanowisko grupowego. Jej brat miał już zanadto obowiązków, a Summer zdecydowała się ściągnąć ciężar z jego barków.
Westchnęła ciężko i usiadła obok półbogini. Kołdra leżała zmiętolona po drugiej stronie łóżka, a klatka piersiowa szatynki unosiła się w równym rytmie. Od razu ją rozpoznała. Aloith R. Cavanaugh we własnej osobie leżała nieprzytomna z pogruchotanymi kośćmi w prawej ręce. Nigdy nie darzyła Summer wielką sympatią, ale czasem potrafiły ze sobą współpracować. Zwłaszcza, jeśli chodziło o zemstę. W tych tematach córka Nemezis była mistrzynią.
Blondynka chwyciła ją za rękę, jednocześnie sprawdzając jej stan wewnętrzny. Nie miała dużych obrażeń. Prawdopodobnie ktoś pokonał ją w pojedynku lub spadła ze ściany wspinaczkowej. Usta Summer rozciągnęły się w uśmiechu. Dawno nie widziała Aloith w tym miejscu.
Zamknęła oczy i w myślach ujrzała twarz ciemnowłosej. Zlokalizowała obrażenie. Ujrzała jej pogruchotane kości od wewnątrz i zaczęła je składać swoją energią. Widziała jak łączą się, a ręka Aloith wraca do pierwotnego stanu. Leczenie herosów było jak bułka z masłem, zważając na to,  że Summer była w tym wprawiona. Wystarczyło, że chwyci kogoś za dłoń, a już wiedziała co mu dolega i mogła udać się w ,,podróż” po jego organizmie.
Po dziesiątym herosie czuła już zmęczenie, a perliste krople potu zaczęły spływać po jej ciele. Obrażenia były rozmaite. Z nudów zaczęła je segregować na te lepsze i te gorsze. Alabaster Torrington miał złamany nos, prawdopodobnie znowu prawił swoje racje, ale innym zbytnio to się nie spodobało. Clarisse La Rue głębokie cięcie od miecza na lewym ramieniu, spowodowane zbyt zaciętymi treningami. Anna MacKenzie natomiast miała zmiażdżone palce, a na skórze odbiła się framuga okna. Znowu starała się coś zwędzić.
Gdy siostra Summer przyszła ją zastąpić, słońce zmieniło swoje położenie, a niebo powoli przywdziewało inne szaty i zapraszało do siebie gwiazdy. Dzień powoli zbliżał się ku końcowi. Herosi schodzili się do Pawilonu na kolację, albo przygotowywali się do ogniska.
Córka Apolla wyszła ze szpitala i odetchnęła z ulgą. Ziemne powietrze ochłodziło jej spoconą skórę, a wiatr rozwiał jej włosy. Pomarańczowa koszulka z czarnym pegazem na piersi przylepiła się jej do ciała, ukazując jej krągłości. Nie pachniała zbyt przyjemnie. Potrzebowała prysznica.
- Zmęczona? – Usłyszała znajomy głos.
Obróciła się i spojrzała na chłopaka, który opierał się o ścianę. Jego blond włosy w świetle zachodzącego słońca mieniły się złotem, a niebieskie oczy, wręcz ją przyciągały. W rękach trzymał książkę o budynkach XXI wieku, a przy pasku widniał miecz.
- Głodna – Odparła z uśmiechem i kiwnęła głową w stronę Pawilonu przepełnionego ludźmi.
Malcolm odpowiedział jej uśmiechem i wziął ją pod rękę. Wolał pilnować, żeby dziewczyna nagle nie padła ze zmęczenia na ziemię, jak to już bywało po jej dyżurach w szpitalu czy nadmiernym używaniu mocy.
Skierowali kroki w stronę jadalni. Już z tej odległości można było poczuć zapach potraw czy radosne głosy herosów, siedzących przy stolikach. Nadal trzymali się reguły, bo każde dziecko mające innego rodzica umiejscowione było gdzie indziej, więc się przekrzykiwali, aby ktoś po drugiej stronie usłyszał ich komentarz.
Summer i Malcolm przeszli przez tłum i usiedli przy stoliku Apolla. Nikt nie miał nic przeciwko i mało kto to zauważył. Każdy zajmował się swoim talerzem, albo, jak w przypadku braci Hood, talerzami innych. Leżały na nich rozmaite potrawy, a niektórzy wrzucali część jedzenia do ogniska. Dawna, zaniechana przez wojnę tradycja, gdyż bogowie kochali zapach palonego jedzenia.
- Nie sądzisz, że to wszystko było za proste?  - Zapytała i wgryzła się w kawałek pizzy pepperoni.
- Masz na myśli wojnę z… Gają? – pochylił się do niej i ściszył głos, gdy wymawiał imię bogini. Imiona zawsze miały moc, a Matka Ziemia zasnęła trzy dni temu. Gdyby z dwadzieścia osób na raz wypowiedziało jej tożsamość, brzmiałoby to jak zachęta do pobudki.
Summer przytaknęła głową.
- Niepokoi mnie to, że walczyliśmy z Rzymianami przez okrągły miesiąc i ledwo co ich pokonaliśmy – Wymachiwała przy tym energicznie swoim kawałkiem pizzy.– Nie wiem co działo się poza obozem – Jej ton był poważny, choć wcale tak nie wyglądała. Blond włosy falami opadały jej na plecy, koszulka kleiła jej się do ciała, a na jej szyi widniało dziewięć koralików, ich liczba była jako druga najwyższa w obozie. - Gaja obudziła się dzięki krwi herosa, dziewczyny i chłopaka, ale giganci zostali pokonani – Niektóre spojrzenia skierowały się w ich stronię, gdy usłyszeli imię Matki Ziemi. – Niedowierzam, że tak potężna i najstarsza bogini, została pokonana przez zwykłą czaromowę - Przerwała na chwilę i zerknęła w stronę Dzieci Afrodyty. – Od kiedy Piper McLean stała się wręcz niepokonana?
Malcolm pokręcił głową z uśmiechem i zaczął jeść kolejnego naleśnika.
- Jesteś o nią zazdrosna? – Zapytał, gdy przełknął kawałek.
Summer wytrzeszczyła na niego oczy.
- Nie – Odpowiedziała po chwili. – Poszło za łatwo. Ty jako analityczny umysł powinieneś mnie zrozumieć. – Wcelowała w niego kawałkiem pizzy i w końcu go zjadła.
Malcolm zaśmiał się tylko i zaczął wertować swoją książkę o architekturze. Annabeth już dawno zaraziła go swoim hobby, ale podczas wojny głównie obmyślał strategie bitewne, choć czasem chciał zaszyć się w kącie z dobrą lekturą. Jego siostra całe dnie spędzała z Percy’m Jackson’em, a w domku bywała praktycznie tylko na noc. Para planowała nawet wyjechać do Obozu Jupiter, ale coś ich tu zatrzymywało. Czyżby wspomnienia?
Nagle, usłyszeli huk, jakby coś ważącego z tonę spadało na ziemię.
Wszyscy aż podskoczyli, a niektóre naczynia spadły ze stołów i rozbiły się w drobny mak.
Rozległy się szepty i krzyki.
Summer znacząco spojrzała na Malcolma, a on, wiedząc co ten wzrok oznacza, zabrał swoją książkę i ruszył za nią. Gdzie jakaś akcja lub kłopoty, oni zawsze pchali się w ich ramiona.
Wybiegli z Pawilonu  i stanęli jak wryci, gdy zobaczyli co się stało.
Połowa drzew, niczym po spotkaniu z drwalem, leżała na ziemi, a w środku nich coś się solidnie dymiło. 

sobota, 6 grudnia 2014

Prolog

Prolog


Kobieta szła przed siebie, a jej bose stopy zostawiały ślady w śniegu. Mróz przenikał do szpiku kości, powoli paraliżując zmysły. Zwiewna, biała sukienka i czarne włosy co chwilę trącił wiatr. Temperatura spadała poniżej minus pięćdziesięciu stopni Celsujsza, ale na jej bladej skórze nie było oznak zimna, wręcz przeciwnie. Chłód wokół niej zdawał się jeszcze bardziej maleć, jakby kobietę otaczała własna aura mrozu. Gdyby ktoś zasugerował jej wybranie niewłaściwego ubioru, uśmiechnęłaby się drwiąco i poszłaby dalej. Nic, ani nikt, nie mógł przerwać jej misji. 
Nagle sobie przypominając, mocniej przycisnęła zawiniątko do piersi , tak lodowate jak ona. Nie czuła. Serce miała okute lodem, który nigdy nie stopnieje, a jej zmysł dotyku nie działał. Wszystko było odrętwiałe z zimna. Brakowało jej empatii i serdeczności, które zastąpiła ironią i złośliwością. Niektórzy mówili, że do serca wpadł jej odłamek z Lustra Królowej Śniegu, jednak to tylko bajka dla dzieci. Ale czy na pewno? 
Oczy w kolorze zimnej kawy rzucały wrogie spojrzenia ku okolicy. Syberia, przeurocze miejsce. Wszystko pokrywał wieczny śnieg, a opowieści głosiły, że dawniej żyły tu Mamuty i ich kości zostały zakopane głęboko pod ziemię. Sama była legendą. Niegdyś rozpoznawana wszędzie. Zła sława, ale zawsze jakaś. Dla niej nie ważne były dobre czy złe słowa. Ważne, że o niej mówili, że pamiętali, że się jej bali. Zacisnęła ręce w piersi. Była legendą. Teraz została jej tylko jedna, malutka świątynia na odludziu. Nikt nie drżał przed nią z trwogą. Brakowało jej widoku strachu w oczach nędznych śmiertelników. Musiała przywrócić swoją dawną świetność.
 Z każdym oddechem, który zamieniał się w parę, była coraz bliżej. Wiatr przybrał na sile i wtrącał jej unikalne płatki śniegu do oczu. Ujrzała ją. Mała kopuła wykonana z białego marmuru, podtrzymywana przez jońskie kolumny, stała pośród drzew iglastych. Przed jej stopniami leżała misa wypełniona zgniłym mięsem. Ostatnia ofiara. Ludzie sie stąd wynieśli, poszukując bardziej słonecznych terenów. Zagryzła zęby z wściekłości.
Weszła do środka. Jej kroki echem odbijały się od okrągłych ścian. Nie było tu żadnych fresków, ołtarzy czy zdobień, jak w innych świątyniach. Czysta prostota. Wszystko było białe jak śnieg, a na środku stał posąg patrzący na nią z góry. To śmieszne jak ci ludzie ją widzieli. Srogi wyraz twarzy, w dłoni dzierżyła laskę skutą lodem, a grecka tunika była oszroniona. Prawy kącik jej ust powędrował do góry. Delikatnie dotknęła dłonią marmuru, bojąc się, że się rozpadnie. Czuła jak w tym miejscu jej moc rośnie. Stawała się potężniejsza.
Klęknęła przed posągiem i położyła zawiniątko na ziemi. Nie było zbyt ciężkie, ale kobieta obchodziła się z nim jak z jajkiem, zważając na to, że nie czuła. Odsłoniła twarz dziewczynki. Lodowate, niebieskie oczy patrzyły na nią czujnie, a meszek na głowie pokrył się lekkim szronem, który spadł z rzeźby. Rysy twarzy miała mocne. W przyszłości z pewnością wyrośnie na silną i stanowczą dziewczynę.
Nagle, kobieta poczuła gwałtowną falę gorąca i szybko się odwróciła. O framugę opierał się przystojny blondyn, który rozcierał swoje ciało i chuchał na ręce. Ubrany był w kurtkę myśliwską i zwykłe jeansy, a na plecach widniał kołczan ze strzałami. Drżał z zimna.
         - Chione. – Skinął jej głową z wyraźną niechęcią, ale tak nakazywała mu uprzejmość i prześwidrował ją spojrzeniem swoich oczu w kolorze pogodnego nieba. Czuła się jakby spijał każdy sekret z jej duszy. – Widzę, że jesteś w swoim żywiole. – Mruknął i strącił płatek śniegu.
Bogini mrozu rzuciła mu jadowite spojrzenie, gdy wszedł do środka. Apollo, bóg słońca, odwiedził mroźną Syberię. Pytanie samo narzucało jej się na pełne, czerwone usta.
         - Co tu robisz? – Zapytała prosto z mostu, nie siląc się na uprzejmości. Założyła ręce na piersi i stanęła przed dzieckiem, jednocześnie je zasłaniając. Mogłaby za nie walczyć, gdyby nadarzyła się taka okazja. – To nie miejsce dla ciebie.
Na przekór jej słowom szybko się rozgościł. Chodził tam i z powrotem i ilustrował wzrokiem świątynię, która nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia. Sam posiadał wielką, złotą w Atenach. Dla niego mały budynek mógł uchodzić za mniejszą kaplicę do modłów. Przejechał palcem sprawdzając ile kurzu jest na ścianach. Gdy dotarły do niego jej słowa zaśmiał się dźwięcznie i spojrzał na nią z politowaniem.
          - Wpadłem w odwiedziny. – Zaszczycił ją spojrzeniem i oparł się o posąg. Coś w niej drgnęło. Bogini ledwo powstrzymała się od wymierzenia mu uderzenia. Jeszcze zrobiłaby coś rzeźbie. Nie przepadała za Apollinem. Był zbyt arogancki i pewny siebie.
         - Odejdź. – Posłała mu kolejne lodowate spojrzenie, a blondyn uśmiechnął się w odpowiedzi. Chwycił ją za ręce. Jego ciepło, aż ją poraziło. Chione otworzyła usta ze zdziwienia i szybko się wyrwała. Apollo z niedowierzaniem patrzył na swoje dłonie, które były wręcz sine z zimna. Słońce i śnieg to zła kompozycja.
       - Wiem co planujesz. Nie rób tego. To wprowadzi tylko chaos i zbędne zamieszanie. – Powiedział i pokręcił z rezygnacją głową. Nie chciał kolejnej wojny, wiedziała to. Szczególnie, że dwie ujrzał już w swoich snach. Wojnę z budzącym się do życia Kronosem i Gają.
Kobieta zacisnęła ręce w pięści. Jak on śmiał ją pouczać? Sama wiedziała co jest dla niej najlepsze. Nikt nie mógł jej powstrzymać przed wypełnieniem jej planu. Przywróci sobie dawną świetność nawet kosztem wszystkich bogów. Nie zawahałaby się przed wbiciem lodowatego sztyletu w pierś Heliosa, czy samego króla, Zeusa.
        - Nie powstrzymasz mnie, ja…
     - Wiem. – Bóg jej przerwał. Jak zwykle wtrącił swoje dwa grosze. Sięgnął do pustego kołczanu i wyciągnął zawiniątko. Zaczęło płakać. Dziecko.
Serce bogini mrozu aż zatrzepotało w piersi. Nie chciał jej przeszkadzać. Musiał ją rozumieć. Wiedzieć na czym jej zależało.  Spojrzała na niego z lekką dezorientacją, ale zmniejszyła dzielącą ich odległość.
Główkę dziewczynki pokrywał złoty meszek, jej czujne, błękitne oczy wszystko bacznie obserwowały, a gdy ujrzała czarnowłosą kobietę, uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej rączkę. Była bardzo podobna do swojego ojca.
        - Chcesz ją poświęcić? – Zerknęła na boga ukradkiem.
Apollo westchnął teatralnie, jak to miał w zwyczaju i przeczesał ręką swoje złote włosy. Nastała między nimi niemal namacalna cisza. Bóg wyglądał, jakby toczył wojnę z samym sobą. Z miłością, a powinnością.
      - Nie. – Rzekł po chwili. – Nie niszczę twojego planu, ale tylko go ubezpieczę. Słyszałem przepowiednię. Tak się musi stać.
Chione prychnęła. Miłość. Co za głupie uczycie. Czyni wszystkich słabszymi. Są w stanie poświęcić się za ukochaną osobę. Co potem im zostaje? Pustka. Pustka i nicość. Puste miejsce po utraconej miłości, które nigdy się nie zagoi. Pamięć i serce zawsze szły ze sobą w parze. Serce czuło, umysł pamiętał. Wszystkie radosne chwile, które wręcz wbijały gwoździe, gdy ktoś przestał się kochać. Kolejna słabość. A słabości trzeba eliminować, albo zamieniać w swoją siłę.
Uklęknęła przed swoją córką i ściągnęła swój medalion w kształcie płatka śniegu. Położyła go pod nią. Czuła jak esencja życiowa dziewczynki wiąże się z naszyjnikiem.
Apollo delikatnie ułożył swoje dziecko obok i zrobił to samo z bólem wymalowanym na twarzy. Amulet w kształcie słońca jarzył się swoim własnym światłem. 
Oboje przełamali je na pół i zaczęli szeptać słowa w starodawnym języku. Zapomniany rytuał. Chione cieszyła się w duchu. Nareszcie. Tyle czekała na tę chwilę. Wymienili się i połączyli swoją mocą dwa kawałki, które tworzyły słońco-śnieżynkę. Założyli je na dziewczynki. Od dzisiaj nic nie będzie takie samo.