WARNING
Akcja dzieje się po Krwi Olimpu, więc jeśli ktoś nie
czytał tej książki, a przeczyta ten rozdział, to nie ręczę za spojlery
(których nie jest zbyt dużo)
-----------------------------------------------------------------------------------SUMMER
Jedno zdanie zagnieździło się w umysłach wszystkich herosów i przywoływało
uśmiech na usta oraz niezwykłą ulgę.
Gaja zginęła.
Wróg, z którym walczyli przez długi okres, wreszcie został
unieszkodliwiony. Nie została pokrojona i wrzucona do Tartaru jak Kronos. Matka
Ziemia ponownie zasnęła, ale może się kiedyś obudzić. Jednak przyszłość wydaje
się odległa, a gdy nastąpi, wtedy trzeba będzie się z nią zmierzyć. Jeszcze nie
teraz. Pozwólmy półbogom nacieszyć się słodkim zwycięstwem.
Atena Partenon dumnie prezentowała się na Wzgórzu Herosów. Promienie
słoneczne odbijały się od jej budzącej postrach Egidy oraz bogini Nike,
stojącej na dłoni bogini. Na ramionach siadały jej rozmaite ptaki, uważając, że
to idealne miejsce na spoczynek, ale żadne z nich nie odważyło się naznaczyć
posągu. Z daleka można było zobaczyć małą grupkę nieuznanych, którzy z zapartym
tchem podziwiali srogą urodę i postawę pomnika.
Dwa obozy, które dotąd były do siebie wrogo nastawione, teraz żyły w
zgodzie. Niektórzy Rzymianie, mający dosyć dyscypliny i wykonywania rozkazów
przełożonych, postanowili zostać w Obozie Herosów, uważając, że jest tu
bardziej swawolnie. Z Grekami było podobnie. Ci, którzy chcieli zasmakować
innych warunków, udali się do Obozu Jupiter i tam zaczęli snuć plany na dalsze
życie. Droga pomiędzy dwoma miejscami była ogólnodostępna, jednak trzeba było
mieć pozwolenie od Chejrona na opuszczenia bezpiecznej przystani. Potwory
czaiły się wszędzie.
Bogowie wreszcie doszli do porozumienia między swoimi dwiema formami i
znowu zaczęli uznawać półbogów. Niedoświadczeni, młodzi herosi falami
przybywali do Obozu. Przy wieczornych ogniskach słyszeli opowieści o tym co
zaszło. O stratach, bowiem ból dawał o sobie znać, gdy ktokolwiek wspomniał
żart Leo Valdez’a. O pomniejszych bogach, którzy też zasługują na szacunek i
głównie przez nich powstała wojna z Gają. O nieszczęśliwej miłości, a wzorowym
przykładem była Silena Beauregard i Charles Beckendorf, którzy wyryli swoje
wizerunki w sercach po bitwie z Kronosem. Wszystkie smutki i żale tonęły w
obozowych pieśniach.
Znalazły się też osoby, które chciały odejść. Po obrażeniach bitewnych i
mentalnych, zrezygnowali ze swojej natury. Opuścili jedyne, bezpieczne
schronienie dla ludzi takich jak oni sami i zaszyli się w tłumie śmiertelników.
Chejron powiedział, że Obóz zawsze będzie ich domem i mogą wrócić, kiedy
zapragną, ale oni żegnali się z nieobecnym wzrokiem i odchodzili. Czasem
słychać było ich krzyki, jedyną oznakę, że zostali znalezieni przez
mitologiczne kreatury.
Bestie, jak i Rzymianie, wyrządzili wiele szkód. Półbogowie od rana do nocy
naprawiali domki i inne obiekty, starali się nie opuszczać zajęć, nawet ze
względu na dopiero co ukończoną wojnę oraz opiekowali się pegazami. Dosyć
dobrze im to szło i wszystko powoli wychodziło na prostą. Obóz ponownie zajął
się sprzedażą truskawek, a Rachel Elizabeth Dare znowu wygłaszała
przepowiednie. Najwyraźniej dar od Apolla wreszcie zaczął działać, odkąd bóg
dostał karę od Zeusa.
Każda
bitwa przynosiła ze sobą ofiary i straty. Szpital był przepełniony rannymi, a
dzieci Apolla, które jako jedyne posiadały klasyfikacje do udzielania pomocy,
były przemęczone. Wykorzystywane umiejętności odziedziczonych po boskim
rodzicu, szybko się wyczerpywały, a zamiast nich przychodziło zmęczenie.
Summer
otworzyła drzwi i weszła do środka. Pomieszczenie było podłużne, a białe ściany
zdawały się jeszcze je powiększać. Przy każdym szpitalnym łóżku stała mała
szafka oraz karta pacjenta. W rogu postawione było biurko zawalone
najróżniejszymi medycznymi przyrządami, zaczynając od zwykłych nożyczek, a
kończąc na inhalatorze. Uderzyła w nią fala gorąca i pojękiwanie rannych.
Rzuciła spojrzenie na salę, gdy otwierała okno na oścież. Do pomieszczenia
dostał się delikatny wiatr i ochłodził jej nagrzaną od słońca skórę. W tym
upalnym dniu delikatny wiatr był luksusem, szczególnie, że pogoda w Obozie
Herosów rzadko się zmieniała.
- Przyszłam cię zmienić – Blondynka mówiąc to, położyła ręce na biodrach.
Wiedziała, że czeka ją mnóstwo roboty, ale chciała mieć to już z głowy.
Will Solace kiwnął głową i uśmiechnął się do niej sennie. Aura zmęczenia
wokół niego narastała. Wyglądał jakby miał za chwilę zwalić się z nóg i zasnąć
na podłodze, która wydawała mu się równie miękka co łóżko.
Dziewczyna poklepała go po ramieniu i poprosiła jakiegoś herosa, aby
sprawdził czy chłopak dotrze do domku numer siedem. Martwiła się o niego, a gdy
zobaczyła jak troszczy się o Nico di Angelo, przejęła stanowisko grupowego. Jej
brat miał już zanadto obowiązków, a Summer zdecydowała się ściągnąć ciężar z
jego barków.
Westchnęła ciężko i usiadła obok półbogini. Kołdra leżała zmiętolona po
drugiej stronie łóżka, a klatka piersiowa szatynki unosiła się w równym rytmie.
Od razu ją rozpoznała. Aloith R. Cavanaugh we własnej osobie leżała
nieprzytomna z pogruchotanymi kośćmi w prawej ręce. Nigdy nie darzyła Summer
wielką sympatią, ale czasem potrafiły ze sobą współpracować. Zwłaszcza, jeśli
chodziło o zemstę. W tych tematach córka Nemezis była mistrzynią.
Blondynka chwyciła ją za rękę, jednocześnie sprawdzając jej stan
wewnętrzny. Nie miała dużych obrażeń. Prawdopodobnie ktoś pokonał ją w
pojedynku lub spadła ze ściany wspinaczkowej. Usta Summer rozciągnęły się w
uśmiechu. Dawno nie widziała Aloith w tym miejscu.
Zamknęła oczy i w myślach ujrzała twarz ciemnowłosej. Zlokalizowała
obrażenie. Ujrzała jej pogruchotane kości od wewnątrz i zaczęła je składać
swoją energią. Widziała jak łączą się, a ręka Aloith wraca do pierwotnego
stanu. Leczenie herosów było jak bułka z masłem, zważając na to, że
Summer była w tym wprawiona. Wystarczyło, że chwyci kogoś za dłoń, a już
wiedziała co mu dolega i mogła udać się w ,,podróż” po jego organizmie.
Po dziesiątym herosie czuła już zmęczenie, a perliste krople potu zaczęły
spływać po jej ciele. Obrażenia były rozmaite. Z nudów zaczęła je segregować na
te lepsze i te gorsze. Alabaster Torrington miał złamany nos, prawdopodobnie
znowu prawił swoje racje, ale innym zbytnio to się nie spodobało. Clarisse La
Rue głębokie cięcie od miecza na lewym ramieniu, spowodowane zbyt zaciętymi
treningami. Anna MacKenzie natomiast miała zmiażdżone palce, a na skórze odbiła
się framuga okna. Znowu starała się coś zwędzić.
Gdy siostra Summer przyszła ją zastąpić, słońce zmieniło swoje położenie, a
niebo powoli przywdziewało inne szaty i zapraszało do siebie gwiazdy. Dzień
powoli zbliżał się ku końcowi. Herosi schodzili się do Pawilonu na kolację,
albo przygotowywali się do ogniska.
Córka Apolla wyszła ze szpitala i odetchnęła z ulgą. Ziemne powietrze ochłodziło
jej spoconą skórę, a wiatr rozwiał jej włosy. Pomarańczowa koszulka z czarnym
pegazem na piersi przylepiła się jej do ciała, ukazując jej krągłości. Nie
pachniała zbyt przyjemnie. Potrzebowała prysznica.
- Zmęczona? – Usłyszała znajomy głos.
Obróciła się i spojrzała na chłopaka, który opierał się o ścianę. Jego blond
włosy w świetle zachodzącego słońca mieniły się złotem, a niebieskie oczy,
wręcz ją przyciągały. W rękach trzymał książkę o budynkach XXI wieku, a przy
pasku widniał miecz.
- Głodna – Odparła z uśmiechem i kiwnęła głową w stronę Pawilonu
przepełnionego ludźmi.
Malcolm odpowiedział jej uśmiechem i wziął ją pod rękę. Wolał pilnować,
żeby dziewczyna nagle nie padła ze zmęczenia na ziemię, jak to już bywało po
jej dyżurach w szpitalu czy nadmiernym używaniu mocy.
Skierowali kroki w stronę jadalni. Już z tej odległości można było poczuć
zapach potraw czy radosne głosy herosów, siedzących przy stolikach. Nadal
trzymali się reguły, bo każde dziecko mające innego rodzica umiejscowione było
gdzie indziej, więc się przekrzykiwali, aby ktoś po drugiej stronie usłyszał
ich komentarz.
Summer i Malcolm przeszli przez tłum i usiedli przy stoliku Apolla. Nikt
nie miał nic przeciwko i mało kto to zauważył. Każdy zajmował się swoim
talerzem, albo, jak w przypadku braci Hood, talerzami innych. Leżały na nich
rozmaite potrawy, a niektórzy wrzucali część jedzenia do ogniska. Dawna,
zaniechana przez wojnę tradycja, gdyż bogowie kochali zapach palonego jedzenia.
- Nie sądzisz, że to wszystko było za proste? - Zapytała i
wgryzła się w kawałek pizzy pepperoni.
- Masz na myśli wojnę z… Gają? – pochylił się do niej i ściszył głos, gdy
wymawiał imię bogini. Imiona zawsze miały moc, a Matka Ziemia zasnęła trzy dni
temu. Gdyby z dwadzieścia osób na raz wypowiedziało jej tożsamość, brzmiałoby to
jak zachęta do pobudki.
Summer przytaknęła głową.
- Niepokoi mnie to, że walczyliśmy z Rzymianami przez okrągły miesiąc i
ledwo co ich pokonaliśmy – Wymachiwała przy tym energicznie swoim kawałkiem
pizzy.– Nie wiem co działo się poza obozem – Jej ton był poważny, choć wcale
tak nie wyglądała. Blond włosy falami opadały jej na plecy, koszulka kleiła jej
się do ciała, a na jej szyi widniało dziewięć koralików, ich liczba była jako
druga najwyższa w obozie. - Gaja obudziła się dzięki krwi herosa, dziewczyny i
chłopaka, ale giganci zostali pokonani – Niektóre spojrzenia skierowały się w
ich stronię, gdy usłyszeli imię Matki Ziemi. – Niedowierzam, że tak potężna i
najstarsza bogini, została pokonana przez zwykłą czaromowę - Przerwała na
chwilę i zerknęła w stronę Dzieci Afrodyty. – Od kiedy Piper McLean stała się
wręcz niepokonana?
Malcolm pokręcił głową z uśmiechem i zaczął jeść kolejnego naleśnika.
- Jesteś o nią zazdrosna? – Zapytał, gdy przełknął kawałek.
Summer wytrzeszczyła na niego oczy.
- Nie – Odpowiedziała po chwili. – Poszło za łatwo. Ty jako analityczny
umysł powinieneś mnie zrozumieć. – Wcelowała w niego kawałkiem pizzy i w końcu
go zjadła.
Malcolm zaśmiał się tylko i zaczął wertować swoją książkę o architekturze.
Annabeth już dawno zaraziła go swoim hobby, ale podczas wojny głównie obmyślał
strategie bitewne, choć czasem chciał zaszyć się w kącie z dobrą lekturą. Jego
siostra całe dnie spędzała z Percy’m Jackson’em, a w domku bywała praktycznie
tylko na noc. Para planowała nawet wyjechać do Obozu Jupiter, ale coś ich tu
zatrzymywało. Czyżby wspomnienia?
Nagle, usłyszeli huk, jakby coś ważącego z tonę spadało na ziemię.
Wszyscy aż podskoczyli, a niektóre naczynia spadły ze stołów i rozbiły się
w drobny mak.
Rozległy się szepty i krzyki.
Summer
znacząco spojrzała na Malcolma, a on, wiedząc co ten wzrok oznacza, zabrał
swoją książkę i ruszył za nią. Gdzie jakaś akcja lub kłopoty, oni zawsze pchali
się w ich ramiona.
Wybiegli
z Pawilonu i stanęli jak wryci, gdy zobaczyli co się stało.
Połowa
drzew, niczym po spotkaniu z drwalem, leżała na ziemi, a w środku nich coś się
solidnie dymiło.